Bez kompleksów popowstaniowych

maj 11, 2008 by Jarek

Koncert Lao Che w radiowej Trójce
niedziela, 11 maja 2008
dwa dni przed maturą z historii.

Kiedy to piszę, mocarne kongo i perkusja wprawiają kurz na lampce obok w rytmiczne drgania. Energia wylewa się z kolumn, zalewa biurko.

Spięty zarzyna sobie gardło elektryzującym wokalem. Charyzma sceniczna nabiera nowego znaczenia, kiedy czuć ją na odległość 150 km. Teraz liryczne solo.

Wiedźma. Kolumny zamieniły się w maszyny do robienia sennego dymu. Klawisze plumkają jak pozytywka. I te klimatyczne wyciszenia.

Przy końcówce Czarnych Kowboi mimo woli podryguję na krześle.

Stare miasto – czuję się jak na musztrze przed bojem o galaktykę! Patos przez duże pe!

Nowe aranżacje odświeżają dobrze znane kawałki i dodają im jeszcze więcej uroku.

Gdybym był trochę bardziej fotogeniczny, pokazałbym Wam moją fotkę z koncertu w Lublinie. Moja mina mówi wszystko. Lao Che to świetna kapela i potwierdza to na koncertach.

Krytyka ich ostatniego albumu w większości wypadków nie ma sensu. Wszyscy recenzenci uparcie odnoszą go do poprzedniej płyty, Powstania Warszawskiego, zamiast oceniać ją jako indywidualne dzieło, które może się samo bez problemu obronić. Zarówno w bogatej i różnorodnej warstwie muzycznej, jak i w tradycyjnie błyskotliwej liryce. To album całkiem inny od poprzednich i porównywanie do niczego sensownego nie prowadzi.

Koncert Lao Che w radiowej Trójce
niedziela, 11 maja 2008
dwa dni przed maturą z historii

Jonny ‘Złamas’ Cracked

maj 3, 2008 by Jarek

Indie rock to prosta filozofia: odkurzanie starych post-punkowych klasyków, picowanie ich na nowoczesnym sprzęcie i słodzenie poprockowym lukrem. Nie zaszkodzi doprawienie dyskretną elektroniką albo średnio-brudnym garażem.

Wszystko po to, żeby nie tylko wybrańcy mogli posłuchać gitarowej alternatywy. A jak im się spodoba, mają szansę sięgnąć do korzeni – Joy Division, Sonic Youth, Pixies.

DJ Jonny Cracked zmontował ponaddwugodzinny darmowy mixtape – encyklopedię indie rockowych inspiracji. Warto posłuchać, a co nudniejsze kawałki można śmiało przewinąć. Zawartość jest bardzo zróżnicowana.

Tu powinno być coś o Scarlett Johansson

maj 2, 2008 by Jarek

Aktorkę, która zostaje piosenkarką, łatwiej mi docenić niźli przypadek odwrotny.

Zwłaszcza, jeśli owa aktorka grała u Briana DePalmy i Woody’ego Allena, a teraz wydaje album z coverami piosenek Toma Waitsa.

Ta aktorka nazywa się Scarlett Johansson i jest ćwierć-Polką. Jej album ukaże się pod koniec maja, ale już teraz można obejrzeć singlowy klip “Falling Down”. W realizacji płyty pomagają jej David Bowie i gitarzysta Yeah Yeah Yeahs, Nick Zinner.

Wygląda na to, że ten album nie będzie kolejnym skokiem na pomnożenie majątku. Alternatywne brzmienia z pewnością ominą amerykańskie pop-charty.

Scarlett Johansson - pierwszy album

Minimalistyczna forma oryginału Waitsa podkreślała emocje prawie płaczącego faceta. Wykonanie Scarlett jest może mniej ekspresyjnie, ale warstwa dźwiękowa zostaje bardzo fajnie poszerzona. Te same motywy utrzymane są w klimacie folku z lekką domieszką dream-popu, z bardzo spokojnym groove.

Obecność Bowiego w warstwie wokalnej jest minimalna. Nie można więc powiedzieć, że jego magiczny tembr ratuje kiepską aktoreczkę. Sama Johansson unika wokalnych akrobacji, pozostając przy czystej i prostej prawie że melorecytacji. Nie ma fajerwerków, ale przynajmniej nie czuć plastiku.

Poczekamy na album i zobaczymy co będzie dalej.

Rodzinne wartości

kwiecień 28, 2008 by Jarek

Mógłbym napisać o tym, że Metallica rozważa udostępnienie swojego przyszłego albumu w sieci. Albo że oglądam Cowboya Bebopa – pierwszy serial i jednocześnie pierwsze anime, które wciągnęło mnie na tyle, że obejrzałem już dziewięć odcinków i mam ochotę oglądać dalej.

Ale napiszę o tym, co obiecałem dawno temu, a nadal się nie wywiązałem.

Napiszę o nowym Rambo.

Mój sentyment do wcześniejszych odsłon cyklu Sly’a jest taki sobie. Uważam Johna za postać kanoniczną, ikoniczną i w ogóle ważną dla popkultury lat osiemdziesiątych i późniejszych, ale nie jestem w nim zakochany ani nie robię sobie z niego przesadnych jaj. Pozwala mi to zachować świeże i niezmącone spojrzenie na całą serię, a w szczególności wielki comeback AD 2008.

Czwórka jest bardzo fajnym filmem. Nie brakuje w nim tego, co było fajne we wcześniejszych odsłonach: akcji, wybuchów, bezlitosnych dyktatur, powykrzywianych żółtków i ciekawych zakątków globu. A jednocześnie jest w niej coś, co wzbogaca standardowy schemat filmu o Johnie o nowy, nieoczekiwany element.

W czwórce Rambo to na serio sfatygowany i zrezygnowany koleś. Już nie tyle, że nie może się odnaleźć w świecie bez wojny. On szuka świętego spokoju, ale wojna nie daje mu wytchnienia i nie zostawia go w spokoju do momentu, kiedy w Johnie coś pęka i staje z bogami wojny twarzą w twarz.

Ale i tak najbardziej skopało mnie po jajach zakończenie. Nie jest ono szczególnie ważne dla fabuły, za to jest sporym zaskoczeniem jeśli spojrzeć na nowy rys postaci Johna. Otóż dzielny, niezmordowany, ale jednak już zrezygnowany i podstarzały Rambo wraca do… tatusia! Tak! Ten dzielny megatwardziel, który przy pomocy łuku i kołczanu strzał wygrałby wojnę o Pacyfik pokazuje prawdziwe teksańskie cojones i przywiązanie do rodzinnych wartości. To piękne i aż się łezka w oku kręci, kiedy się na to patrzy. Miodzio, kunszt i werwa! Aż można puścić w zapomnienie poprzednią godzinę bezkompromisowej rzeźni i zapamiętać tylko tą miażdżącą, skąpaną w słońcu amerykańskiej pustyni pointę.

Mam nadzieję, że nikomu nie zmarnowałem filmu, ujawniając to zakończenie. Na serio polecam obejrzenie tego filmu, choć mojej dziewczynie się nie podobało (że niby infantylne? Bez sensu!). Jest świetny, po prostu miecie. Sly zapowiedział kolejną część serii, która ma odejść od typowo wojennej tematyki. Czyżby poszedł za ciosem i pociągnął epilog czwórki dalej? Oby!

John Rambo (USA, 2008 r.)
reż. Sylvester Stallone

Wierzę w Harveya Denta

kwiecień 19, 2008 by Jarek

I believe in Harvey Dent

Główne hasło reklamowe nowego filmu o Batmanie – “I believe in Harvey Dent” – nie wzięło się z powietrza. Pochodzi z 13-odcinkowej miniserii “The Long Halloween”, w której Batman wraz z Dentem i Gordonem prowadzi śledztwo w sprawie Holidaya – seryjnego mordercy, który w dni świąteczne zabija osoby związane z mafijnymi rodzinami Gotham.

Ten komiks już od jakiegoś czasu znajdował się na mojej liście potencjalnych zakupów z zagranicy, bo jak na razie żaden polski wydawca nie pokwapił się, żeby wypuścić go na polski rynek. W końcu udało mi się go zdobyć, przeczytać i stwierdzić, że to świetna cegła do mojej bat-kolekcji.

Paradoksalnie, choć cała fabułą kręci się literalnie wokół poszukiwania świątecznego mordercy, najważniejszy jest zupełnie inny wątek. Wątek Harveya Denta i jego przemiany w demonicznego złoczyńcę – Two-face’a. I chociaż jest to kryminał, cały czas scenariusz podkreśla relacje wewnątrz śledczego trójkąta, do którego dołączają się zupełnie niespodziewane osoby takie jak Catwoman, czy nawet sam Joker, oraz wokół niego. Dzięki takiemu pogłębieniu psychologii postaci historia staje się pełnokrwista i wciągająca.

Niestety, pointa rozczarowuje. Napięcie rośnie, rośnie i dalej rośnie, aż nagle jest bum i spada twarzą w błoto. Potem scenariusz stara się zamknąć mocniejszym uderzeniem, ale to wszystko wydaje się odrobinę sztuczne i przekombinowane. Da się jednak przełknąć końcową goryczkę i zapamiętać ten komiks nader słodko. Zwłaszcza, że całość daje solidnego moralnego kopa w tyłek, a scena walki Gacka i Jokera na dwupłatowcu w wigilię nowego roku zostaje w pamięci.

Rysunkowo jest świetnie, ale trudno było się po Timie Sale’u spodziewać słabizny. Udało mu się trafić w złoty środek pomiędzy realizmem i ekspresją, które świetnie sprawdziły się w konwencji upiornego kryminału noir.

Warto po ten komik sięgnąć nie tylko w kontekście zbliżającej się premiery “The Dark Knight” (”The Long Halloween” to ulubiony batkomiks Christiana Bale’a i silna inspiracja do filmów Nolana). To po prostu świetna lektura, która daje do myślenia. A sceptykom, według których Batman to tylko kolejny debil w masce i z pelerynką, pokaże, jak bardzo się mylą.

więcej informacji o komiksie

Urocze odgrzewane kotlety

kwiecień 16, 2008 by Jarek

W tym komiksie Alan Moore doszukuje się dziecięcia końca XX wieku, które skrzętnie odkopuje ruiny historii komiksu i czerpie z odnalezionych skarbów garściami*.

Weźmy trójkę archeologów o nadnaturalnych zdolnościach, dajmy im nieograniczony budżet i każmy im rozwiązywać problemy z przeszłości: tajemnicze ukryte komory w górach, gnijącego trupa Godzilli na wyspie koło Japonii, czy eterycznego policjanta mszczącego swoją śmierć zza grobu.

Ekspozycja jest szybka i płytka, a opowiadania zamieszczone w tym tomie krótkie i szkicowe. Ale każde z nich niesie ze sobą pewną kliszę popkulturową, której nie warto zostawiać na śmietniku historii. Ich geneza jest przeważnie trudna do jednoznacznego określenia, a wartość artystyczna nikła, ale stanowią pewien portret naszej konsumpcyjnej kultury, z którym łączą nas (a na pewno mnie) sentymentalne więzi.

Tak samo jak wielbiciela klasycznej literatury bawią skomplikowane aluzje, czy kryptocytaty, tak mnie bawi przetwarzanie na nowo w twórczy sposób kinowych, telewizyjnych i komiksowych ikon XX wieku. To też są aluzje i cytaty, ale pozbawione literackiego nadęcia i wyszukanych znaczeń. Może i są bardziej tępe i płytkie, ale co z tego.

Cechą współczesnej kultury popularnej jest ulotność. Jej wytwory powstają równie szybko, jak znikają. Dzieci pewnie już nie wiedzą co to była Godzilla, Power Rangers, albo Van Damme. A wszystkie te symbole były cholernie istotne dla większości moich rówieśników. Chociaż rzadko kiedy niosły ze sobą jakieś głębsze wartości poznawcze to i tak pomogły ukształtować mój gust. I to wcale nie znaczy, że nie widzę świata poza tandeciarskimi Godzillą i X-menami z kreskówki na dwójce. Dzięki temu, że jako dziecko się z nimi zetknąłem, potrafię dzisiaj śmiać się z filmów Tarantino, bez oporów sięgać po mniej popularne media (komiks) i świetnie się bawić na Transformersach. Godzilla, Power Rangers, Yataman - oni nauczyli mnie rozumienia konwencji i odrzucania argumentów w stylu “to dziecinne”. A w dalszym rzucie pewnie i asertywności, która coraz częściej mi się przydaje.

Planetary, przynajmniej na poziomie pierwszego tomu, w fajowy sposób odgrzewa te powoli stygnące kotlety i nie jest to w żadnym wypadku wada. Jestem potwornie ciekaw co będzie dalej.

*- Alan Moore Planetarna Świadomość, wstęp do polskiego wydania #1, Northampton, Anglia, 14 grudnia 1999 r.

Planetary #1: Dookoła świata i inne opowiadania, część 1
Warren Ellis / John Cassaday
wyd. DC - WildStorm 1999, Manzoku 2008

Wokalista Hatifnatsów MA JAJKA!

kwiecień 13, 2008 by Jarek

Wokalista zespołu Hatifnats - Michał Pydo - oficjalnie zdementował plotkę, jakoby był kastratem.

- No to na koniec jeszcze temat wokalu…
- Ja mam jajka…

Jeśli powód dla którego umieszczam tutaj tą informację wydaje Wam się absurdalny, zapraszam do posłuchania jego wokalu tutaj. Ja też miałem przez pewien czas poważne wątpliwości.

źródło

The Raconteurs i Interpol zagrają w Polsce!

kwiecień 9, 2008 by Jarek

Amerykański zespół Interpol pojawi się na Heineken Open’er Festival w Gdyni już tego lata. Oprócz niego wystąpią The Raconteurs – nowa formacja Jacka White’a z The White Stripes. Słyszałem ich pierwszy album. Słychać bardzo wyraźne inspiracje Led Zeppelin (wokal, aranżacje), ale nie bez ożywczego powiewu świeżości. Drugi jeszcze nie wpadł mi w ręce, ale ostrzę zęby…

Open’er robi się coraz bardziej pociągający…

A Jacek Dukaj w najnowszym Playboyu (kwiecień 2008) poleca ostatnią płytę Lao Che - Gospel. Napisał:

“Ostatnie Lao Che gładko wchodzi, ale to żaden plastik. Goście kombinują tak z muzyką, jak ze słowami. Oryginalne!”

I ja przyłączam się do słów Pan Dukaja.

I zapraszam na teledyski moich ulubionych kawałków Interpolu – PDA i Slow Hands.

Przeczytaj resztę tego wpisu »

W paszczy krwiożerczego smoka - bezwzględnej korporacji

kwiecień 6, 2008 by Jarek

Tytuł ściągnięty odrobinkę z bloga komiksy i nie tylko.

Gdybym cokolwiek znał się na mandze, pewnie napisałbym recenzję Suppli #1 i wystawił jej solidną piątkę. Ale że o japońskich komiksach nie wiem nic, a manga Okazaki Mari zdecydowanie mi się spodobała, postanowiłem podzielić się swoją radością ze światem tu, na blogu.

Przeczytaj resztę tego wpisu »

Nowy klip Madonny

kwiecień 5, 2008 by Jarek

Ten wpis miał być o czymś innym, ale zostawię sobie tamten temat na kolejny raz. W końcu Rambo 4 raczej się nie zdezaktualizuje do tego czasu… ups! Wygadałem się. Niedobrze. Ale skończmy już z tym domowej roboty marketingiem – ukazał się wreszcie klip do najnowszego singla Madonny i należy mu się zbiorczy komentarz.

Przeczytaj resztę tego wpisu »