Posted by: Jarek on: kwiecień 28, 2008
Mógłbym napisać o tym, że Metallica rozważa udostępnienie swojego przyszłego albumu w sieci. Albo że oglądam Cowboya Bebopa – pierwszy serial i jednocześnie pierwsze anime, które wciągnęło mnie na tyle, że obejrzałem już dziewięć odcinków i mam ochotę oglądać dalej.
Ale napiszę o tym, co obiecałem dawno temu, a nadal się nie wywiązałem.
Napiszę o nowym Rambo.
Mój sentyment do wcześniejszych odsłon cyklu Sly’a jest taki sobie. Uważam Johna za postać kanoniczną, ikoniczną i w ogóle ważną dla popkultury lat osiemdziesiątych i późniejszych, ale nie jestem w nim zakochany ani nie robię sobie z niego przesadnych jaj. Pozwala mi to zachować świeże i niezmącone spojrzenie na całą serię, a w szczególności wielki comeback AD 2008.
Czwórka jest bardzo fajnym filmem. Nie brakuje w nim tego, co było fajne we wcześniejszych odsłonach: akcji, wybuchów, bezlitosnych dyktatur, powykrzywianych żółtków i ciekawych zakątków globu. A jednocześnie jest w niej coś, co wzbogaca standardowy schemat filmu o Johnie o nowy, nieoczekiwany element.
W czwórce Rambo to na serio sfatygowany i zrezygnowany koleś. Już nie tyle, że nie może się odnaleźć w świecie bez wojny. On szuka świętego spokoju, ale wojna nie daje mu wytchnienia i nie zostawia go w spokoju do momentu, kiedy w Johnie coś pęka i staje z bogami wojny twarzą w twarz.
Ale i tak najbardziej skopało mnie po jajach zakończenie. Nie jest ono szczególnie ważne dla fabuły, za to jest sporym zaskoczeniem jeśli spojrzeć na nowy rys postaci Johna. Otóż dzielny, niezmordowany, ale jednak już zrezygnowany i podstarzały Rambo wraca do… tatusia! Tak! Ten dzielny megatwardziel, który przy pomocy łuku i kołczanu strzał wygrałby wojnę o Pacyfik pokazuje prawdziwe teksańskie cojones i przywiązanie do rodzinnych wartości. To piękne i aż się łezka w oku kręci, kiedy się na to patrzy. Miodzio, kunszt i werwa! Aż można puścić w zapomnienie poprzednią godzinę bezkompromisowej rzeźni i zapamiętać tylko tą miażdżącą, skąpaną w słońcu amerykańskiej pustyni pointę.
Mam nadzieję, że nikomu nie zmarnowałem filmu, ujawniając to zakończenie. Na serio polecam obejrzenie tego filmu, choć mojej dziewczynie się nie podobało (że niby infantylne? Bez sensu!). Jest świetny, po prostu miecie. Sly zapowiedział kolejną część serii, która ma odejść od typowo wojennej tematyki. Czyżby poszedł za ciosem i pociągnął epilog czwórki dalej? Oby!
John Rambo (USA, 2008 r.)
reż. Sylvester Stallone
Twoja dziewczyna miała rację ;). Wpierw Rambo mówi “Pieprzyć świat” a potem wraca w rodzinne strony w pięknym słoneczku, z dala od piekła wojny. Co do cholery? Pewnie uznał, że jego gimnazjalne podejście do świata, brak ustatkowania i lubowanie się w zabijaniu jak na jego wiek jest już głupie. Wraca do tatuśka i się mu pewnie spowiada, ale to nie koniec… bo córkę Rambo porwała nowojorska sekta z Tomem Cruisem na czele :D. Bez kitu, ale “Rambo” był tak drastyczny, że popadł w groteskę a wtedy to już tylko pusty śmiech pozostaje…
kwiecień 30, 2008 @ 6:37 am
Moim zdaniem nowy “Rambo” to “Rambo” ale bez “Rambo”;]
Ten film moglby sie rownie dobrze nazywac “Jak zabic kitajca na 100 sposobow?”. Jedyne co zapamietuje sie po seansie to tych rozrywanych lub rozcinanych azjatow. Duzo krwi i szumu za nic. Moim zdaniem jest to bardzo kiepski obraz, zrobiony wybitnie na sile. Niepotrzebny.
Podobno nowy “Rocky” wyszedl o stokroc lepiej.